PANNA MŁODA – CIHAN ZNAJDUJE SINEM MARTWĄ!
Cisza w rezydencji Develioğlu nigdy nie była tak ciężka jak tego ranka.
Cihan od kilku dni czuł, że coś jest nie tak. Najpierw to było tylko przeczucie – zimne spojrzenie Metina, nerwowe gesty, unikanie odpowiedzi. Potem przyszły fakty. Rzeczy Sinem. Jej mała, niebieska walizka, którą zawsze trzymała przy łóżku. Jej szalik, który pachniał jeszcze jej perfumami. Wszystko to leżało teraz w worku na śmieci przy tylnym wyjściu, jakby ktoś chciał wymazać jej istnienie z tego domu.
- Co to ma znaczyć?! – głos Cihana przeciął korytarz jak nóż. Jego oczy, zazwyczaj spokojne, teraz płonęły gniewem.
Metin zbladł. Przez ułamek sekundy w jego oczach pojawiła się panika, prawdziwa, zwierzęca panika. Potem szybko założył maskę obojętności.
- Ona odeszła, Cihan. Sama tak zdecydowała. Nie chciała tu już być. Powiedziałem ci.
Ale Cihan już mu nie wierzył. Znał Sinem. Znał jej oczy pełne strachu, ale też miłości. Miłości do córeczki. Mina. Mała Mina codziennie pytała: “Gdzie jest mama? Kiedy mama wróci?”. Kobieta, która tak kocha swoje dziecko, nie odchodzi bez słowa. Nie wyrzuca swoich rzeczy jak śmieci.

Tej nocy Cihan nie spał. Chodził po ogrodzie, po starym magazynie, po miejscach, do których Metin zabraniał mu wchodzić. I wtedy usłyszał. Cichy, stłumiony jęk. Dźwięk, który mógł usłyszeć tylko ktoś, kto desperacko chce usłyszeć.
Sinem.
Leżała w ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu za stajnią. Związane ręce, zaklejone usta, ale oczy… jej oczy wciąż walczyły. Gdy zobaczyła Cihana, łzy popłynęły jej po policzkach strumieniem. To nie były łzy ulgi. To były łzy matki, która przez wiele dni nie widziała swojego dziecka.
- Sinem! – Cihan rzucił się do niej, drżącymi rękami odrywając taśmę. – Myślałem…
Nie dokończył, bo w tym momencie w drzwiach stanął Metin.

I wtedy świat się zatrzymał. Twarz Metina nie wyrażała już nic oprócz czystego przerażenia. Cały jego perfekcyjny plan, wszystkie kłamstwa, cała kontrola – wszystko runęło w jednej sekundzie. Cihan trzymał w ramionach kobietę, którą Metin ogłosił martwą dla tego domu. Kobietę, którą chciał pogrzebać nie tylko fizycznie, ale i w pamięci wszystkich.
- Cihan, ja mogę wyjaśnić… – zaczął bełkotać Metin, cofając się o krok.
Ale Cihan już go nie słuchał. Przytulał Sinem, która szeptała tylko jedno słowo, w kółko, jak modlitwę:
- Mina… moja Mina…
W tym momencie Cihan zrozumiał wszystko. To nie była zazdrość. To nie była złość. To była obsesja. Metin chciał zniszczyć Sinem, bo wiedział, że nigdy nie będzie w stanie zdobyć jej serca, które w całości należało do córki i do… do niego.
A Sinem, choć pobita, wygłodzona i przerażona, przetrwała. Bo miłość matki jest silniejsza niż każdy zamek, niż każda piwnica, niż każdy potwór w ludzkiej skórze.
Teraz Metin wpada w panikę. Bo wie, że Cihan nigdy mu tego nie wybaczy.